W wieku 67 lat pogodziłam się z tym, że moje plecy są zniszczone na zawsze. A potem odkryłam coś, o czym nikt mi nigdy nie powiedział.
Po jedenastu latach ze stenozą kanału kręgowego, po nieudanej operacji i po zdaniu „od teraz to po prostu Pani życie”, emerytowana bibliotekarka z Krakowa pisze list, który sama chciałaby dostać dwa lata temu.
Po lewej krótko po operacji. Po prawej rok później. Różnicy nie zrobiła kolejna operacja, tylko jeden przez lata pomijany mięsień.
Jeśli czytasz to o trzeciej nad ranem, bo znowu obudził Cię ból pleców...
Jeśli dokładnie wiesz, o który blat w kuchni, o który wózek w sklepie i o którą poręcz trzeba się oprzeć, żeby na chwilę odetchnąć...
Jeśli w ostatnim roku odwołanych spotkań było więcej niż tych, na które udało Ci się dotrzeć, bo po prostu nie dajesz rady wysiedzieć całego wieczoru...
Jeśli wchodząc do jakiegokolwiek pomieszczenia, najpierw szukasz wzrokiem najbliższego krzesła, zanim jeszcze zauważysz cokolwiek innego...
Piszę to do Ciebie.
Bo byłam dokładnie w Twojej sytuacji.
Dwa lata temu zaczęłam w myślach planować koniec. Nie dosłownie. Ale robiłam to, co robią ludzie, kiedy się poddają. Rozdałam swoje książki. Powiedziałam dzieciom, gdzie leżą ważne dokumenty. Odwołałam wyjazd do Szkocji, na który z mężem odkładaliśmy od 2008 roku.
Miałam 66 lat. Mój lekarz właśnie mi oznajmił, bardzo uprzejmie i bardzo profesjonalnie, że druga operacja prawdopodobnie też by nie pomogła. I uwierzyłam mu. Bo do tego czasu spróbowałam już wszystkiego. I nic nie działało.
Jedenaście lat wcześniej
Moja stenoza, czyli zwężenie kanału kręgowego, zaczęła się w 2014 roku. Miałam 55 lat. Byłam bibliotekarką. Osiem godzin dziennie na nogach, układałam książki, pomagałam dzieciom znaleźć ich kolejną przygodę. Uwielbiałam tę pracę.
A potem, pewnego wtorkowego poranka, nie mogłam wstać z krzesła. Po prostu się nie dało. Nogi od kolan w dół miałam bez czucia. A w krzyżu, jakby ktoś w nocy wlał mi beton.
Mąż zawiózł mnie na ostry dyżur. Skierowali mnie na rezonans. „Umiarkowana do ciężkiej stenoza kanału kręgowego na poziomie L4-L5 i L5-S1”. Nigdy wcześniej nie słyszałam tych słów. Szybko się ich nauczyłam.
Przez lata bezsenne noce o trzeciej nad ranem. Ból pleców, który nie pozwala nawet przewrócić się na drugi bok.
Parada rozczarowań
Potem nastąpiło dziewięć lat, które dziś nazywam „paradą”. Każdy w białym fartuchu dostał swoją szansę.
- Rehabilitacja: dwanaście tygodni, trzy razy w tygodniu. Po większości wizyt płakałam. Fizjoterapeuta był miły, ćwiczenia prawidłowe. Plecy i tak miały się gorzej. Powiedział, że „niektórzy po prostu nie reagują”. Byłam jedną z nich.
- Kręgarz: przez pół roku dwa razy w tygodniu. Za każdym razem nastawiał mi plecy i przez jakieś dziewięćdziesiąt minut czułam się cudownie. Zanim dojechałam do domu, ból wracał.
- Zastrzyki przeciwbólowe: trzy zastrzyki w ciągu osiemnastu miesięcy. Pierwszy był niesamowity, sześć tygodni ulgi. Drugi trzy tygodnie. Trzeci nie dał nic.
- Leki na ból neuropatyczny: zamieniły mnie w mgłę. Przytyłam, czułam, że nie jestem sobą. A ból został. Tylko ból plus mgła.
- Tabletki bez recepty: dokładnie wiesz, o czym mówię.
- Aparat TENS za kilkadziesiąt złotych z internetu: czułam jakieś mrowienie na skórze. Nic głębiej. Po dwóch tygodniach wylądował w szufladzie.
- Pas lędźwiowy: plecy się pod nim pociły, a kiedy go zdejmowałam, bolało bardziej, bo mięśnie się rozleniwiły.
- Joga, rozciąganie, zimne prysznice, książki o śnie: zrobiłam się bardziej gibka wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba.
Tabletki, zastrzyki, tani TENS z internetu. Cała szuflada rzeczy, które nie pomogły.
W 2021 roku zakwalifikowano mnie do operacji, do stabilizacji kręgosłupa. To była moja ostatnia szansa. Chirurg, do dziś wierzę, że dobry człowiek, powiedział, że jest „duża szansa”, że to rozwiąże problem bólu.
Operację przeprowadzono w marcu 2022 roku. Obudziłam się pełna nadziei. Na jakieś trzy miesiące.
Poranek, w którym wiedziałam, że się nie udało
Była sobota. Pięć miesięcy po operacji. Spałam w pokoju gościnnym, bo w naszym łóżku nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji. Spróbowałam usiąść. Nie dało się. To samo uczucie betonu w plecach. To samo drętwienie schodzące w dół nogi. Ta sama panika, którą poczułam tamtego wtorkowego poranka w 2014 roku.
A właściwie nie. Było gorzej. Bo miałam już za sobą operację. Czyli blizny, metalowe śruby i mniej możliwości na przyszłość. I chirurga, który na kontroli po pół roku powiedział: „Pani Kowalska, te zabiegi czasem nie przynoszą oczekiwanego efektu. Możliwe, że to będzie Pani nowa normalność”.
Moja nowa normalność. W wieku 66 lat. Wtedy zaczęłam rozdawać swoje książki.
Pytanie, które zmieniło wszystko
Moja synowa, Justyna, jest pielęgniarką. Od czternastu lat pracuje na oddziale, gdzie ludzie dochodzą do siebie po operacjach ortopedycznych. Pewnego grudniowego wieczoru, kiedy wszyscy inni poszli już spać, usiadła obok mnie przy kuchennym stole i zadała pytanie, którego nikt nigdy wcześniej mi nie zadał.
Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Nigdy nie słyszałam tego słowa. Przez dziewięć lat. U kilkunastu specjalistów. Na dwóch rezonansach. Na rehabilitacji. Podczas operacji, w której otwierano mi kręgosłup. Nikt nie wspomniał o multifidusie. Ani razu.
Justyna wyjaśniła mi to tamtego wieczoru. To, co opowiedziała mi w dwadzieścia minut przy kuchennym stole, spróbuję teraz opowiedzieć Tobie dokładnie tak samo.
Ten jeden mięsień, o którym nikt nigdy nie mówił
Po obu stronach Twojego kręgosłupa biegnie długi, głęboki mięsień. Nazywa się multifidus, po polsku mięsień wielodzielny. Leży mniej więcej trzy centymetry pod skórą w okolicy lędźwi.
Tego mięśnia nikt nie pokaże Ci na żadnym schemacie. Nie ma go w ulotkach w przychodni. Chirurg nie wskazuje go palcem na zdjęciu. A bez przesady jest to najważniejszy mięsień całego Twojego kręgosłupa.
Multifidus, głębokie mięśnie wzdłuż kręgosłupa. Wewnętrzny gorset, który utrzymuje kręgi na swoim miejscu.
Twój kręgosłup to kolumna zbudowana z kości. Sam z siebie nie ustoi. Potrzebuje rusztowania, które trzyma go od środka. I tym właśnie jest multifidus. To wewnętrzny gorset Twojego kręgosłupa.
Za każdym razem, gdy stoisz, idziesz, schylasz się albo obracasz, ten mięsień wykonuje tysiące drobnych skurczów na minutę, żeby utrzymać kręgi w osi. Nie czujesz, że pracuje. Nie myślisz o nim. Po prostu działa. Aż do dnia, w którym przestaje.
Dlaczego mózg wyłącza akurat ten mięsień, który Cię trzyma
Na modelu i na prawdziwych plecach: multifidus leży głęboko, wzdłuż odcinka lędźwiowego kręgosłupa.
Justyna powiedziała tamtego wieczoru coś, po czym odstawiłam filiżankę z kawą. Powiedziała: „Mamo, kiedy Twój kręgosłup został uszkodzony, mózg wyłączył multifidus. Celowo”.
Kiedy kręgosłup doznaje urazu, przepuklina dysku, zwężenie kanału albo choćby mikrourazy z dziesięcioleci zużycia, mózg robi coś obronnego. Przerywa sygnał do multifidusa. Mówi mięśniowi: „Przestań pracować. Tylko pogarszasz sprawę”. I mięsień jest posłuszny.
W ciągu czterdziestu ośmiu godzin od pierwotnego urazu multifidus może stracić nawet 80% swojej funkcji. Milknie. A teraz ta okrutna część, przez którą siedziałam przy tym stole ze łzami w oczach:
Bo ten mięsień nie jest słaby. On jest zablokowany. Nie da się wzmocnić czegoś, co w ogóle się nie włącza. Jest na to określenie, powiedziała Justyna. Specjaliści nazywają to: wyłączony mięsień stabilizujący (po angielsku „core muscle lockout”). I gdy tylko usłyszałam te słowa, każdy element poprzednich dziewięciu lat nagle nabrał sensu.
+ bonusy o wartości 276 zł gratis · darmowa dostawa
👉 Zobacz ofertęDlaczego wszystko zawiodło
Przy tym kuchennym stole, o jedenastej wieczorem, wreszcie zrozumiałam.
- Rehabilitacja nie pomogła, bo mój multifidus był wyłączony. Próbowali wzmacniać mięsień, który w ogóle się nie włączał.
- Zastrzyki nie działały długo, bo na kilka tygodni zmniejszały stan zapalny, ale nie zajmowały się prawdziwą przyczyną, która leżała pod spodem.
- Aparat TENS nie dał nic, bo TENS sięga 5-8 milimetrów pod skórę. Mój multifidus leży 30-50 milimetrów głębiej. TENS dosłownie nie miał szans go dosięgnąć.
- Praca kręgarza się nie utrzymywała, bo bez multifidusa, który trzyma kręgi na miejscu, wszystko natychmiast zsuwało się z powrotem.
- Operacja się nie powiodła, bo naprawiono kość, a mięsień zignorowano. Wyszłam z niej ze „świetnie osadzonymi śrubami” i multifidusem, który przez dziewięć lat był wyłączony i skurczył się do rozmiaru winogrona.
Powierzchniowy TENS kończy się na skórze. Głęboką stymulację mięśni, celującą 30-50 mm w głąb, mierzy się w specjalistycznych laboratoriach.
Nie byłam zepsuta. Nie byłam „pacjentką niereagującą na leczenie”. Nie byłam jedną z tych osób, których ciało po prostu nie chce współpracować. Miałam mięsień, który przez prawie dziesięć lat był wyłączony. I nikomu nigdy nie przyszło do głowy, żeby go z powrotem włączyć.
Jedyna rzecz, która potrafi go obudzić
Justyna powiedziała, że na świecie jest tylko jedna rzecz, która potrafi obudzić zablokowany od lat multifidus. Nie więcej rozciągania. Nie trudniejsze ćwiczenie. Nie kolejna operacja. Tylko stymulacja mięśni, czyli EMS (fachowo: elektrostymulacja nerwowo-mięśniowa).
Nie TENS. Justyna bardzo przy tym obstawała. TENS i EMS często się myli, a to zupełnie różne technologie.
EMS wysyła ukierunkowane impulsy głęboko w mięsień i zmusza włókna mięśniowe do skurczu. Omija „przełącznik” w mózgu. Nie prosi mięśnia, żeby się włączył. Włącza go.
Skurcz po skurczu. Raz za razem uruchamia mięsień i odbudowuje połączenie między mózgiem a mięśniem, przerwane przez lata. Fizjoterapeuci i medycyna sportowa używają stymulacji mięśni od dziesięcioleci. To jeden ze sposobów, dzięki którym zawodowi sportowcy wracają po operacji w kilka tygodni zamiast miesięcy.
Tyle że prawdziwa stymulacja mięśni jeszcze niedawno była dostępna tylko w drogich klinikach, po kilkaset złotych za sesję. I wtedy Justyna opowiedziała mi o urządzeniu, które po cichu to zmieniło.
Moduły trafiają dokładnie nad głęboki mięsień. Urządzenie Lorlana powstało we współpracy z fizjoterapeutami.
Urządzenie, które oddało mi życie
Nazywa się bezprzewodowy masażer Lorlana. Dwa małe moduły, które przykleja się dokładnie w bolące miejsce, czy to na lędźwiach, barkach, karku czy nogach. I pracują tam, gdzie trzeba: głęboko w mięśniu.
Ale oto, co go wyróżnia. Urządzenie nie tylko stymuluje mięsień. Robi dwie rzeczy naraz.
Działanie dwufazowe
Faza A, rozluźnienie. Delikatne, rytmiczne skurcze rozluźniają przeciążone, skurczone mięśnie wokół kręgosłupa. Tworzą przestrzeń. Zdejmują nacisk z napiętych punktów. Uczucie podobne do tego, jakby ktoś powoli rozgrzewał Ci plecy i rozpuszczał ten supeł.
Faza B, ponowna aktywacja. Podczas gdy faza A rozluźnia, faza B skłania głęboki mięsień do ponownego włączenia się. Skurcz po skurczu. Mózg stopniowo znów „przypomina sobie”, jak używać mięśnia, a ten sam zaczyna pracować.
Piętnaście minut dziennie. To wszystko.
Spróbowałam policzyć, ile wydałam przez te dziewięć lat. Operację pokrył NFZ, ale cała reszta, prywatna rehabilitacja, kręgarz, zastrzyki, suplementy, ten TENS z szuflady, pas lędźwiowy, najróżniejsze gadżety. Wyszło ponad 14 tysięcy złotych. A teraz z telefonu mojej synowej patrzyło na mnie małe urządzenie, za ułamek tej kwoty.
Co znajdziesz w paczce: dwa moduły, etui ładujące i pilot.
Nie jestem w tym sama. Oto inni.
+ bonusy o wartości 276 zł gratis · darmowa dostawa
👉 Wypróbuję urządzenieDzień 1. Tydzień 1. Tydzień 4.
Mąż go zamówił. Po kilku dniach przyszedł. Będę szczera: otwierałam to pudełko prawie bez nadziei. Tyle razy się sparzyłam. Tyle „cudownych rozwiązań” wylądowało w mojej szufladzie, że kolejnego rozczarowania psychicznie bym nie zniosła. Powiedziałam mężowi: „Jeśli to też nie zadziała, przestaję próbować”. I mówiłam poważnie.
Dzień 1: przykleiłam moduły po obu stronach dolnego odcinka kręgosłupa. Zaczęłam od niskiej intensywności. I poczułam coś, czego nie czułam od dziewięciu lat. Głębokie pulsowanie. Nie na powierzchni. W środku. Było to dziwne, na początku niemal nieprzyjemne, bo czułam mięsień, o którego istnieniu już zapomniałam. Ale gdzieś koło dziesiątej minuty ten obszar w moich plecach jakoś odpuścił. Jakby coś się rozluźniło.
Zwykli ludzie, zwykłe kuchnie i salony. Dwa moduły trafiają po obu stronach kręgosłupa, bez kabli i bez gabinetu.
Tydzień 1: poranki się poprawiły. Czterdzieści minut porannego rozruszania, zanim w ogóle ruszyłam z miejsca, skróciło się do piętnastu. Pierwszy raz od trzech lat przespałam całą noc.
Tydzień 2-3: zauważyłam, że przy zlewie już nie trzymam się blatu. Po prostu stałam. Nie myśląc o tym.
Tydzień 4: przeszłam cały sklep, nie opierając się o wózek. Po prostu szłam. Jak człowiek. Przy półce z warzywami rozpłakałam się. Jakaś pani zapytała, czy coś mi jest. Powiedziałam: „Pierwszy raz od dziewięciu lat niosę własny ciężar. Po prostu niosę samą siebie”.
Gdzie jestem teraz
Piszę to czternaście miesięcy po pierwszym użyciu. W zeszłym tygodniu byliśmy z mężem w Szkocji. Ten wyjazd, który odwołaliśmy w 2022 roku. Przeszliśmy cały dziedziniec zamku w Edynburgu. A ja, w wieku 67 lat, część drogi pokonałam pieszo.
Urządzenia Lorlana używam teraz w poniedziałki, środy i piątki po piętnaście minut. To moja rutyna podtrzymująca. Przez resztę czasu plecy trzymają mnie same. Tak, jak powinny. Tak, jak potrafiły przed 2014 rokiem.
Wieczorem spokój z urządzeniem, w ciągu dnia znów ogród. Rzeczy, na które przez lata nie miałam pleców.
Co chcę Ci powiedzieć
Jeśli siedzisz tam, gdzie ja siedziałam, na brzegu łóżka, na krawędzi poddania się, na krawędzi przekonania, że od teraz to po prostu Twoje życie...
Niezależnie od tego, czy lekarz właśnie wręczył Ci skierowanie na operację i dopiero się zastanawiasz, czy operację masz już za sobą i żyjesz z tym samym bólem co wcześniej...
Piszę to, bo chciałabym, żeby ktoś wysłał mi ten list w 2022 roku. Albo w 2018. Albo w 2014.
Znów chodzić, znów podróżować, znów żyć. O to w tym wszystkim chodzi.
+ bonusy o wartości 276 zł gratis · darmowa dostawa
👉 Zamawiam z rabatemCo konkretnie otrzymujesz
Kiedy synowa tłumaczyła mi tamtego wieczoru szczegóły, brzmiało to tak. Oto one:
- Stymulacja mięśni (EMS), nie tylko powierzchniowy TENS. Pracuje głęboko w mięśniu, nie tylko na skórze.
- Dwa niezależne moduły. Umieszczasz je dokładnie w bolącym miejscu: na lędźwiach, barkach, karku, a także na nogach.
- Działanie dwufazowe. Najpierw rozluźnienie, potem ponowna aktywacja głębokiego mięśnia.
- 6 programów i 16 poziomów intensywności. Od delikatnego po mocny, wszystko w Twoich rękach. 15 minut dziennie.
- 100% bezprzewodowy i dyskretny. Żadnych kabli, zmieści się pod koszulką. Etui ładujące, zawsze gotowy do użycia.
- Certyfikat CE. Zaprojektowany we współpracy z fizjoterapeutami.
Dziś w promocji 349 zł zamiast 549 zł, do tego bonusy o wartości 276 zł gratis. Mniej niż kilka wizyt u prywatnego fizjoterapeuty.
60-dniowa gwarancja zwrotu pieniędzy
Używaj urządzenia w domu przez pełne 60 dni. Po piętnaście minut dziennie. Jeśli nie poczujesz tego, co ja poczułam, tego głębokiego pulsowania, tego rozluźnienia, tego mięśnia, który znów się budzi, odeślij je. Zwrócimy Ci całą kwotę. Żadnych formularzy, żadnego „kredytu sklepowego”, wystarczy do nas napisać, a my zajmiemy się resztą.
Masz 60 dni, żeby sprawdzić, czy to wreszcie jest ta rzecz, która działa. To aż nadto czasu. Ja wiedziałam już po dwunastu dniach. Do tego otrzymujesz rozszerzoną gwarancję na urządzenie, a oczywiście przysługuje Ci też ustawowe prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni zgodnie z ustawą z dnia 30 maja 2014 r. o prawach konsumenta.
W domu, na balkonie i w ogrodzie. 60 dni na wypróbowanie, zupełnie bez ryzyka.
Stoisz teraz przed tym samym wyborem.
Jutro będzie tak samo jak dziś. W przyszły poniedziałek tak samo jak dziś. Za pół roku spojrzysz wstecz i powiesz: przecież można było wtedy spróbować. Tyle że to pół roku już minęło.
Dziś zamawiasz Lorlanę. Po kilku dniach przychodzi. Robisz z tego wieczorny rytuał. Po miesiącu wiesz, czy coś Ci to daje. Jeśli nie, oddajemy pieniądze. Ryzyko jest zerowe.
+ bonusy o wartości 276 zł gratis · darmowa dostawa
👉 Zamawiam zestaw z rabatemKomentarze
Opinie klientów
PS Rabat 200 zł i bonusy gratis obowiązują tylko do dzisiejszej północy. Po północy cena wraca do normy. Zapasy nie są nieskończone, a tę promocyjną cenę znajdziesz tylko tutaj, na oficjalnej stronie Lorlana, nie na platformach sprzedażowych ani u pośredników.
PPS Moja historia nie jest wyjątkowa. Wśród ludzi, którzy do nas piszą, znajdziesz mamy z obolałymi plecami, biurowe „karki” zesztywniałe od monitora, kierowców, sportowców i emerytów z artrozą. Nikt z nas nie czekał na cud. Większość z nas szczerze spodziewała się kolejnego rozczarowania. A potem, niespodziewanie, ono nie przyszło.